wtorek, 7 maja 2013

My world : 6


Nauczyciel miał racje. Jedzenie było ohydne. Jakaś żółta papka przypominająca ziemniaki, suchy kotlet i surówka z czerwonej kapusty. (O ile to w ogóle była kapusta). Zupa –ponoć pomidorowa – smakowała jak woda rozcieńczona sokiem 100% z pomidorów.  Byłyśmy wdzięczne nauczycielom, że postanowili nas zabrać to tego miasteczka. O 17:05 jak wskazywała nasza lista, był czas wolny. Wuefista szybko zgarną chętnych – parę osób zostało na obozie – i już o 17:30 byliśmy w miasteczku. Harry z Niall’em zostali. Muszę przyznać, że odrobinkę mnie to rozczarowało, chociaż nie mniej niż Alice. W supermarkecie kupiłyśmy zapas żywności jak na apokalipsę zombie. Alice w drogerii dokupiła sobie tusz i po godzinie (nieco z haczykiem) byłyśmy już w obozie. W końcu nadszedł czas przygotowań  - kolejna rzecz, której nienawidziłam. Wieczór powoli się zbliżał, więc Elizabeth z Alice zaczęły się gorączkowo przygotowywać.   Ja siedziałam smutno na łóżku z nadzieją, że w końcu przyleci jakaś wróżka i zgrabnym ruchem zamieni  mnie w "coś" pięknego.
-Co tak siedzisz? Za godzinę dyskoteka, a ty się nawet nie szykujesz - powiedziała Elizabeth.
-Ja nie idę – jęknęłam sobie pod nosem.  Alice i Elizabeth naraz spojrzały się na mnie i po chwili wymieniły się spojrzeniami
- Co? Chyba zwariowałaś! Będzie imprezka, zabawa do białego rana! No i będzie… Harry!- Mocno zachęcała mnie Alice.
-Wy przynajmniej macie z kim iść, a ja ..? – Wstałam ze swojego łóżka i ociężałym ruchem położyłam się na łóżku Elizabeth, przykrywając jej ubrania.
-Nie możesz tak leżeć! Zrobimy cię na bóstwo! - Zaczęła wykrzykiwać radośnie Alice. Za nim wybrałyśmy odpowiedni strój przymierzyłam chyba setki ubrań. Efekt końcowy był naprawdę rewelacyjny. Sama byłam pod wrażeniem, kiedy Alice pozwoliła mi się w końcu przejrzeć w lustrze. Miałam na sobie turkusową sukienkę sięgającą jakieś 5 centymetrów przed kolano, a na ramiona zarzuconą jeans’ową kurtkę. Makijaż, był bardzo naturalny : rzęsy wywinięte nowo kupionym tuszem Alice i odrobina pudru na polikach. Wyszykowane poszłyśmy do stołówkowego domku. Był największy ze wszystkich – spokojnie pomieścił te 40 osób. Wszystkie stoliki i krzesełka wyniesione zostały do pustego domku przeznaczonego na stary sprzęt ogrodniczy. Dlatego nie było Nialla i Harry’ego, ponieważ pomagali to wszystko przenieść. Trochę podenerwowana podreptałam za Alice i Elizabeth, które otworzyły drzwi. Z daleka słychać, było muzykę. Czułam się  dość nie komfortowo, miałam wrażenie, że wszyscy szeptają coś na mój temat, a w dodatku dziwnie się patrzyli. Stanęłyśmy obok stolika z piciem. Ledwo podniosłam swój kubek, a Niall porwał Alice. Tuż za nim Gregory zaprosił do tańca Elizabeth. Gdy się obróciłam trzymając w ręce kubek Alice i Elizabeth tańczyły na środku sali. Nie czułam się zakłopotana, bo nie bardzo umiałam tańczyć. W końcu przyszedł czas na wolnego. Wszystkie dziewczyny czekały na ten moment. Elizabeth ubrana w piękną różowo- koronkową sukienkę przytulona do Gregory ‘ego wyglądała olśniewająco, choć cały czas miała spuszczoną głowę. W pewnym momencie Gregory podniósł prawą rękę i jednym zgrabnym ruchem delikatnie uniósł jej promienną twarz. Ognisty rumieniec pokrył jej twarz. Tańczyli wolnego wpatrując sobie w oczy. Gregory  powoli uchylił się nad twarzą Eliz. Myślałam nawet, że się pocałują, ale jak dla mnie było to za wcześnie. Jeden dzień znajomości i to w dodatku nie cały. Jedno widziałam na pewno -  to był najpiękniejszy dzień w życiu mojej przyjaciółki. Alice równie dobrze się powodziło, razem  z Niall'em tańczyli na samym środku parkietu, wszystkie oczy były zwrócone właśnie na nich. W oczach Niall'a widać było, że czuje coś do Alice - ten błysk i uśmiech mówiły same za siebie. Nie pozwolił jej odejść nawet na krok. Tylko ja siedziałam sama pod ścianą. Nawet Bella z Mady tańczyły. Owszem odrzuciłam kilka propozycji chłopców… No może kilkanaście, ale to tylko dlatego, że nie chciałam się ośmieszyć. Zegar wybił 21. Na sale wkroczył Harry. „Ten to umie zrobić dobre wrażenie”. – Pomyślałam, gdy pewnym siebie krokiem wszedł omijając tłum dziewczyn czekających na niego. Stałam tak wpatrując się w tańczące pary. „ Nie patrz w jego stronę. Nie patrz w jego..” Nagle ktoś podszedł z drugiej strony stolika.
-Soku ? -zapytał jakiś znajomy mi głos. Obróciłam się, aby sprawdzić kto to. W czerwono-czarnej koszuli w kratę stał  tuż obok mnie Harry. Ręce wpuszczone miał w ciemne rurki. Nie były to bardzo obcisłe spodnie. Po prostu idealnie dopasowane z odrobinką luzu.
-A to ty…- uśmiechnęłam się chwytając kolejny kubek z napojem. Ręce okropnie mi drżały. Po chwili ni stąd ni zowąd  zbliżyła się Mady. Burzę rudych włosów spięte miała w koka. Wyglądała ślicznie w jasno zielonej sukience podkreślającej jej oczy.
-Cześć Harry! Zatańczymy? - zapytała klejąc się do jego koszuli. Nie zwróciła na mnie najmniejszej uwagi. Jakby mnie tam w ogóle nie było, zaczęła bawić się kołnierzykiem od jego ubrania i bezczelnie flirtując przy mnie.
-Wiesz... może innym razem - widziałam, że próbował się jakoś wymigać. Zacisnęłam zęby i upiłam trochę soku.
-No przestań! Chodź zabawimy się! – ciągnęła dalej.
-No dobrze jeden taniec - spojrzał na mnie błagalnym wzrokiem jakby chciał powiedzieć coś w stylu "błagam cie zrób coś". Uśmiechnęłam się do niego i jakby to wszystko było dla mnie obojętne, obróciłam się do nich plecami. Kątem oka patrzyłam z niechęcią jak Mady, co rusz przytulała się do Harry'ego, a ten delikatnie ją odpycha. Zaraz u mojego boku zjawiła się nieźle wkurzona Alice.
- Ta małpa przylazła i odbiła mi Niall’a ! – Popatrzyłam na chłopaka. Teraz tańczył z Bellą.
-Nie przejmuj się, Mady tańczy z Harry ‘m – pokazałam jej oczami parę tańczącą tuż przy oknie. Mady znowu się do niego kleiła. Nie mogłam więcej na to patrzeć.
-Wyjdę na chwilę na dwór, muszę zaczerpnąć świeżego powietrza… - Usłyszałam tylko jakieś mamrotania Alice, coś w stylu „to suka”, i wyszłam do stojącej za domkiem altanki. Była duża i pomalowana na biało, choć gdzie niegdzie farba złuszczała się lub całkowicie odpadła. Cała oświetlona małymi lampkami, świeciła się z daleka. Lampki wyglądały jak małe gwiazdki ściągnięte z nieba i przywiązane niczym koraliki do sznurka. Widać, ktoś włożył sporo pracy w ozdobienie jej. Z jednej ściany drewno  ustawione było w krztałt trójkata . Zapewne do rozpalania ognisk, bo na przeciw altanki ułożone były kamienie w kształt kółka. Parkiet, wyłożony drewnianymi panelami wyglądał na dość stary. Wszystko to razem dawało przepiękny efekt zwłaszcza, że uroku dodawała pełnia księżyca i niebo pełne gwiazd. Odetchnęłam z ulgą. Świeże powietrze powoli wypełniało moje płuca. Wieczór był dość zimny, więc lekko przymarzałam. Stojąc tak w samotności nagle usłyszałam czyjeś kroki.
-Śledzisz mnie? - zaśmiałam się po raz kolejny.
-Nie, po prostu wyszyłem za czerpać świeżego powietrza, tam na sali jest dość duszno… - Wyjaśnił jak to zwykle ujmującym głosem Harry.
-Na twoim miejscu udusiłabym się, w końcu tyle dziewczyn kręci się wokół ciebie, że chyba czasami brakuje ci tlenu.
-Nie zaprzeczam - uśmiechnął się, a po chwili już oboje wpatrywaliśmy się w gwiazdy - stojąc tak i opierając o drewnianą poręcz. Nie odzywaliśmy się, było zbyt pięknie, żeby przerwać to jakimiś pustymi słowami.
-Zatańczysz? - po dłuższym milczeniu, w końcu się odezwał. Zdziwiona propozycją chłopaka wmurowana w parkiet nic się nie odezwałam.
-Póki nie ma tych wszystkich pustych dziewczyn - wyciągnął do mnie rękę, oszołomiona jego zachowaniem, tym bardziej nie wiedziałam co powiedzieć. Czyżby podsłuchiwał moje rozmowy? To ja jego gwardię nazywałam „pustymi dziewczynami”. Spojrzałam na jego oświetloną księżycem twarz. Zielone oczy przenikały przez moją duszę. Coś gorącego eksplodowało w moim żołądku i rozeszło się po całym ciele.
-Proszę to tylko jeden taniec...- kontynuował  szeptem, uśmiechając się przy tym bardzo przekonywująco.

-No dobrze... jeden taniec. - Powtórzyłam podając mu prawą rękę.

czwartek, 2 maja 2013

My world : 5

Szłam do domku nauczycieli lekko rozbawiona. W bardzo dobrym nastroju otworzyłam drzwi. Na łóżku jednego z nich – najprawdopodobniej pani od angielskiego- siedziała Alice.
-I jak się czujesz? – Zapytałam siadając obok.
- Dobrze – spojrzała na Nialla, który już wychodził  i dodała – o wiele lepiej. A gdzie Elizabeth?
-W domku z Gregorym. A gdzie Harry?
- Wyszedł jakieś pięć minut temu .Co ty gadasz! Zostali tam sam na sam? – Szeptem lekko pochylona w moja stronę po cichu tłumiła chichot.
- No dobrze opatrunek masz już założony. Jane pomoże ci dojść do domku. Dacie sobie rade?
- Tak – odpowiedziałyśmy równocześnie. Powoli wyszłyśmy z domku. Alice na początku troszkę utykała, ale szybko jej przeszło. Gdy weszłyśmy do naszego pokoju Elizabeth i Gregory’ego już nie było.
-Ciekawe gdzie oni są – zaśmiała się Alice kładąc na swoje łóżko.
-Nie mam pojęcia. Błagam, żeby to był koniec tych głupich konkursów! Błagam! – Miałam dość tych dziecinad. Marzyłam, żeby się rozpadało, w końcu była to Anglia, ale jak na złość od paru dni było ciepło. Nie moglibyśmy iść tak po prostu popływać? Bardzo chciałam się nauczyć, bo jakoś nigdy nie miałam okazji. Zresztą trochę się bałam wody i myślałam, że ten wyjazd nauczy mnie chociaż pływać. Ale nie, zamiast tego musieliśmy chodzić po lesie i zbierać głupie szyszki.
- A tak w ogóle to gdzie masz teraz Nialla ?
- Mówił że dogoni Harry ‘ego i pójdą do swojego domku. Był naprawdę troskliwy – zarumieniła się jak nigdy. – Zapytał czy wszystko jest w porządku, a potem wyszedł.
-A no to wiele wyjaśnia – uśmiechnęłam się – zabujałaś się w nim i to nieźle.
- Ja ? Wcale że nie ! Po prostu uważam, że ma bardzo ładne oczy… Wręcz boskie. W życiu nie widziałam takiego odcienia błękitu. No i te jego blond włosy ! No i ogólnie jest boski… Dobra, masz racje zabujałam się w nim i to nieźle! – Uśmiechnęłam się do niej znacząco.
-Wiedziałam –szepnęłam z nie małą satysfakcją.
- No nigdy dotąd nie czułam czegoś takiego! Wystarczy tylko, że  go zobaczę, a serce wali mi jak młot.
- Tak wiem coś o tym – westchnęłam pod nosem. Alice przesłała mi pytające spojrzenie.
-Wiem, że podoba ci się Harry. To jak na niego patrzysz…
-Harry ma wiele dziewczyn wokół siebie i nie sądzę, żebym to ja zwróciła jego uwagę. – Przerwałam dość nie grzecznie Alice. W tym momencie do pokoju weszła para gołąbków. Elizabeth uśmiechnięta od ucha do ucha wparowała do naszego pokoju, a u jej boku stał Gregory. Alice posłała mi znaczące spojrzenie. Uśmiechnęłam się do niej i zaczęłam układać ubrania. Nie miałam tego w planach, ale postanowiłam się czymś zająć, żeby nie zwracać na nich uwagi. Gregory podrapał się po głowię i widocznie trochę zmieszany dodał:
- Jest kolejna zbiórka, mój tata… znaczy wuefista kazał przekazać. Za pięć minut przed domkiem nauczycieli… To cześć – uśmiechnął się do Elizabeth.
-Do zobaczenia – odwzajemniła uśmiech i zamknęła za nim drzwi.
- O ja cie – westchnęła – chyba coś z tego będzie. – Oparła się o drzwi i lekko zsunęła się do pozycji kucającej. Głowę schowała w ręce i zaczęła się śmiać. Oczy szkliły jej się nawet w cieniu, rzucanym przez szafę stojącą obok drzwi.
- Widzę, że ty też się zaraziłaś – uśmiechnęłam się podchodząc do szafki.
-Co ? Czym?
- Bardzo popularną chorobą u nastolatek. Zadurzenius pospolitus – wszystkie wybuchłyśmy śmiechem.
-No dobra chodźmy już, bo teść Eliz będzie na nas zły – zaśmiała się Alice. Elizabeth nie zwracała na nią najmniejszej uwagi. Wyszła jakby otumaniona tabletkami nasennymi. Czekałyśmy jeszcze pięć minut, aż wszyscy się zbiorą. Stanęłyśmy w drugim rzędzie, a tuż przed nami stała Mady i Bella, a obok nich blondyn, który praktycznie zawsze za nimi łaził.
-Dzisiaj organizowana będzie dyskoteka - w tym momencie prawie wszystkie dziewczyny zaczęły piszczeć i rozmawiać między sobą. - Od godziny 20 do godziny 1 nad ranem i nie chce widzieć nawet kropli alkoholu! – Mady szeptała coś Belli na ucho. Zrozumiałam tylko „w końcu będzie mój”. Blondyn najwyraźniej spytał Bellę czy nie pójdzie z nią na tą dyskotekę, bo ona wrzasnęła: „Daj mi spokój! Ile razy mam ci mówić, żebyś sobie odpuścił. Nie ta liga Barney.” Zrobiło mi się nawet żal tego blondyna. Dalej nauczyciel mówił coś o bezpieczeństwie, ale ja już go nie słuchałam. Myślałam tylko o tym z kim pójdzie Harry. Nagle do Alice podszedł Niall z prośbą o pójście na tą zabawę. Alice oczywiście zgodziła się.
-Która godzina – zapytała już po powrocie do domku Eliz.
- 16:34
-Coo? Dopiero… myślałam, że będzie już gdzieś koło 19. W sumie nie wiem czemu jak jeszcze widno jest. – Westchnęła kładąc się na zniszczony fotel.
-No wiesz, przyjechałyśmy tutaj o 12 zanim się rozpakowałyśmy… potem przygotowania do konkursu itp… W ogóle, kto go wygrał? – Zapytałam siadając na swoje łóżko.
-Chyba Alex i Ed , zresztą zaraz ma być obiad - Alice wpatrywała się w kartkę, przypiętą koło jej łóżka. Dopiero teraz ją zauważyłam.
16:40 – obiadokolacja

17:05 –czas wolny

20 :00 - dyskoteka

Uwaga: podczas czasu wolnego można udać się do miasteczka. Znajduje się pół kilometra stąd. Oczywiście tylko pod opieką dorosłych! Życzymy miłego pobytu.
- U ! Ale super! To po obiedzie idziemy? – Alice nieźle się nakręciła.
-W sumie czemu nie…
-Kupiłabym sobie tusz to rzęs, bo mojego zapomniałam. Uhh! Kamień spadł mi z serca!
-Tylko pamiętaj Alice godzina nie więcej. Trzeba przyszykować się na to disco – przypomniała Elizabeth. Alice na moment posmutniała, ale zaraz wrócił jej humor.
-Dobra i godzina – uśmiechnęła się. Po całym obozie rozniósł się dźwięk dmuchanego gwizdka. Wyszłyśmy znowu przed domek sprawdzić, o co chodzi. Okazało się, że to po prostu, był sygnał, że czas iść na obiad. Żadna z nas nie słuchała ogłoszeń parafialnych, więc troszkę się zakłopotałyśmy. Szłyśmy ostatnie zaraz przed wuefistą.
-Proszę pana czy przewidziane są jakieś atrakcje? Czy po prostu będziemy tu siedzieć i grać w jakieś konkursy? – Zapytała Eliz odwracając się w stronę nauczyciela.
- Oczywiście, że nie. Dzisiaj postanowiliśmy dać wam czas wolny, bo jutro idziemy do muzeum botanicznego, następnie odwiedzimy wystawę dzieł sztuki zatytułowanych „Magia człowieka”, a na końcu wybierzemy się do kina na historyczny film. Co wy planu nie czytałyście? Wydawało mi się, że dawałem wam kartkę… W środę wracamy z samego rana,  a po drodze odwiedzimy zoo. Jutro czeka nas dłuuugi dzień. Wieczorem będzie ognisko także nie martwcie się.
-A przeczytałam, że można iść do miasteczka… - Eliz nie dokończyła bo wuefista szybko jej przerwał.
-Tak, po obiedzie zbierzemy chętnych. Będziecie mogli kupić sobie coś do jedzenia… Znając życie jedzenie stołówkowe nie będzie zbytnio jadalne…

My world :2

-No dobra, już chodźmy bo zaraz dzwonek- Oznajmiła Alice. W końcu dzień w szkole dobiegł końca. Minął w bardzo miłej atmosferze. Wszyscy byli uprzejmi, choć przeszkadzało mi to, że za bardzo zwracali na nas uwagę, w końcu byłyśmy nowe. Razem z Elizabeth i Alice postanowiłyśmy przejść się do parku. Nie byłam zbytnio zdolna do normalnego funkcjonowania, cały czas przed oczami ukazywała mi się twarz Harry’ego. Alice i Elizabeth rozmawiały na różne tematy, ja tylko odpowiadałam na pytania lub potakiwałam. Mój mózg odrzucał wszelkie inne informacje.
-O właśnie! Muszę iść do piekarni, mama kazała  kupić parę bułek i chleb tostowy na kolacje-Oznajmiła Elizabeth. Na te słowa coś we mnie wybuchło. Byłam jeszcze bardziej odurzona niż wcześniej. Czułam jakbym zapaliła marihuane: radość mieszała się z otępieniem.
-OOO! Będziesz miała okazje spotkać się ze swoim chłoptasiem- Zaśmiała się Alice ukazując swoje białe ząbki.
-To nie jest mój chłoptaś! I przestań go tak nazywać - Pchnęłam Alice, która potem wskoczyła mi na plecy, szłyśmy tak całą drogę do piekarni. Gdy Elizabeth otworzyła przed nami drzwi poczułam piękny zapach pieczonego chleba. Usiadłyśmy przy jednym ze stolików, a Elizabeth stanęła w kolejce. Nagle z wejścia dla pracowników wyszedł Harry. Zobaczywszy go oparłam się o rękę i zasłaniając twarz włosami zaczęłam czytać ogłoszenie, które leżało na każdym ze stolików. Poczułam zimny pot na plecach. Próbowałam zająć się rozmową z Alice, żeby tylko nie spojrzeć w jego stronę.
-Ale się na ciebie lampi – stwierdziła zdziwionym głosem Alice. Powiedziała to z takim nie dowierzaniem, że mogłabym się na nią obrazić, ale zbyt przejęłam się tą sytuacją. Aby sprawdzić prawdomówność przyjaciółki szybko obróciłam się w jego stronę. Kiedy go zobaczyłam nasze oczy spotkały się tak samo jak na stołówce. Trwało to ułamek sekundy, a może nawet wieczność. Być może się speszył, bo szybko obrócił się w kierunku drewnianych półek  i zaczął układać chleb. Uśmiechnęłam się dyskretnie i wzięłam się za dalszy ciąg "czytania" lektury.
-No dobrze możemy już iść- podeszła Elizabeth jak to zwykle uśmiechnięta. Całą drogę do domu opowiadałyśmy Elizabeth o naszej starej szkole. Oczywiście nie obeszło się bez pytań „A teraz gdzie mieszkacie?”. Jak się potem okazało nasza nowa przyjaciółka mieszkała zaledwie kilka domów od naszego. Następny dzień przyniósł całkiem miłe wieści, a mianowicie organizowana była tygodniowa wycieczka nad jezioro. Dopiero drugi dzień, a tu takie wieści. Nowa szkoła zaczęła podobać mi się coraz bardziej, choć ciekawskie spojrzenia nadal nie zniknęły.
-Ciekawe czy Harry ... no wiesz czy ... no czy on też pojedzie? - Zapytałam cichutko Elizabeth na przerwie obiadowej. Jak zwykle siadłyśmy przy prawie największym stoliku, razem z paczą Elizabeth. Po drugim dniu zaczęłam już rozpoznawać parę twarzy. Blondyn,  który zawsze siadał obok nie lubianej przeze mnie Belli nazywał się James, a rudowłosa dziewczyna z nie przyjaznym wyrazem twarzy nazywała się Mady.
-Jak Niall pojedzie to on zapewne też –odpowiedziała obojętnie gryząc jabłko.
-A kto to jest ten cały Niall?- wtrąciła się Alice. Widać przysłuchiwała się naszej rozmowie.
-To taki przyjaciel Harry'ego wszędzie razem chodzą i w ogóle. O! to ten co siedzi teraz obok nie go. - Pokazała palcem całkiem uroczego młodzieńca. Oparty nonszalancko o krzesło szczerzył swoje białe zęby w stronę małej grupki dziewcząt. Te piszczały i machały jakby uciekły dopiero co ze szpitala dla chorych umysłowo.
-Uuu jaki słodziak – W zachowaniu Alice zauważyłam coś niepokojącego. Znaczy Alice od urodzenia była uroczym i przede wszystkim dziwnym dzieckiem, może dlatego się tak zaprzyjaźniłyśmy. W końcu ciągnie swój do swego. Od razu widziałam, że Niall wpadł w oko Alice, było to widać z daleka. Na jej polikach momentalnie zawitały dwa rumieńce.
-Musimy się dowiedzieć czy Niall i ten twój … No wiesz czy oni jadą na tą wycieczkę ! – Wtrąciła się ni stąd ni zowąd Alice. Po dłuższych namowach Alice razem z Elizabeth postanowiłyśmy pójść do pokoju nauczycielskiego, aby dowiedzieć się czegoś więcej na temat owej wycieczki. Kiedy Elizabeth prowadziła rozmowę z naszym nauczycielem od biologii (panem Brown’em) mój wzrok z obrazów byłych dyrektorów szkoły powędrował na biurko. Leżała na nim kartka z listą osób, które zapisały się na wycieczkę. Szybko przejrzałam pierwsze zapisane osoby. Niestety nie było go. „Może jest zapisany na drugiej stronie ”- pomyślałam. Szybkim ruchem jak gdyby wiatr odwróciłam kartkę.
-Mam cie! –Krzyknęłam mimowolnie. Elizabeth i Pan Brown odwrócili się w moją stronę. Nauczyciel patrzył na mnie jak na upośledzoną, a Elizabeth tłumiła wybuch śmiechu. Zamurowana wpatrywałam się w moich obserwatorów. W końcu postanowili mnie zignorować i zaczęli kontynuować swoją rozmowę. „Uf”- westchnęłam. Wpatrywałam się jeszcze przez moment na 21 miejsce na liście. Litery składały się w dwa najpiękniejsze słowa - "Harry Styles". W tym momencie moje serduszko zadrżało."Tak czyli jedzie" - powtarzałam ciągle z wielkim bananem na ustach. Nie wiedzieć czemu śmiałam się jak głupi do sera.
- To niech Pan nas też zapisze –usłyszałam głos Elizabeth.
-Ciebie i twoje nowe … koleżanki?- spojrzał na mnie w podobny sposób co 5 min temu.
- Tak, tak. Alice Shark i Jane Book. Bardzo dziękuje, dowidzenia – i udałyśmy się na przerwę. Alice czekała pod drzwiami klasy chemicznej.
-Co tak długo?
-A Jane rozmawiała ze swoim wymyślonym przyjacielem. Chyba w ganianego się bawili czy coś.- Mało brakowało, a Elizabeth udusiłaby się ze śmiechu.
-Ha ha ha bardzo śmieszne – przesłałam im mordercze spojrzenie. - Musze iść jeszcze po książkę do chemii, bo w szafce zostawiłam. – Przynajmniej miałam pretekst, żeby nie wysłuchiwać dalej żartów na mój temat. Idąc korytarzem troszkę się zamyśliłam i  nie bardzo zwracałam uwagę na to, co się wokół mnie dzieje. Właśnie byłam na randce z nieznajomym, kiedy zawadziłam o coś ramieniem. Moment wróciłam na ziemię i oprzytomniałam.
-Au jak chodzisz?!- Usłyszałam przyjemny dla uszu głos, wręcz kojący. Szybko się obróciłam.
-Co? Chyba jak ty chodzisz, korytarz nie jest tylko dla ciebie!- Zamarłam jakieś pół metra ode mnie stał Harry.
-Jak widzę jesteś tu nowa i jako dobry kolega radze ci się dostosować do otoczenia. Przede wszystkim nie wychylać się, no chyba, że chcesz mieć spiny z innymi. – Spojrzał na mnie jakby groził mi więzieniem.
- Dziękuję za twoje nie potrzebne rady, ale raczej z nich nie skorzystam! I chyba ktoś cię powinien uświadomić, że nie jesteś, aż tak szeroki w barach, i nie potrzebujesz całego korytarzu. Jako, że jestem dobrą koleżanką właśnie ci to uświadamiam. – Miałam wrażenie, że wszyscy się nam przysłuchują. Nie obchodziło mnie to . Nie pozwolę, żeby ktoś mną pomiatał, nawet jeśli tym kimś był najpiękniejszy chłopak w szkole.
-Jeśli tyle masz mi do powiedzenia to odsuń się, bo blokujesz wejście do klas, a ja spieszę się na chemię także … zjeżdżaj!


My world

Ta historia wydarzyła się w czasach, gdzie prawdziwa miłość była uznawana tylko w książkach dla nastolatek i romansach dla starszych pań. Czy warto kochać? Zadawać sobie trud dla drugiej osoby ? Czy starczy nam sił by prze zwyciężyć problemy, dojść do granic możliwości człowieka i przekroczyć je? Spełnić swoje marzenia? Otwórz tak! Warto walczyć nawet o jedną marną sekundę naszego życia jeśli spędzimy ją z ukochaną osobą.
Otóż historia ta zdarzyła się trzy lata temu. Rok 2010 miał być najbardziej nie udanym czasem w życiu nastoletniej Jane Book. Była to miła dość pogodna i zawsze uśmiechnięta 15-latka. Długie blond włosy  i przenikliwe szare oczy były jej atutami. Drobnej budowy dziewczyna cieszyła się powodzeniem wśród chłopców. Chodziła do szkoły, uwielbiała tańczyć i rysować, kochała zwierzęta. Niestety jej rodzice dostali prace w Londynie. Postanowili prze prowadzić się do małego domu w małym miasteczku na przedmieściach Londynu. Wiadomość o przeprowadzce sprawiła, że świat Jane runął w zaledwie kilka sekund. W głowie nastolatki rodziły się co rusz nowe pytania „Mam zostawić przyjaciół, szkołę? rzucić to wszystko i tak po prostu wyjechać ? Co jeśli nikt mnie tam nie polubi” Dalej historia będzie toczyć się oczami Jane.
*Dwa dni później
Wstałam w poniedziałek rano, budzik ukazywał godzinę 6:00. Odsunęłam rolety, aby odrobinę słońca wdarło się do mojego pokoju, czułam pustkę i nienawiść do moich rodziców wiedziałam, że dzięki tej przeprowadzce będziemy mieć więcej pieniędzy, ale nie chciałam opuszczać mojego miasteczka. Wyszykowana nic nie odzywając się do rodziców wyszłam do szkoły, był to dopiero pierwszy dzień po wakacjach. Jadąc na rowerze rozmyślałam o nowym miejscu „Jak będzie wyglądało?”, „Czy mnie tam za akceptują”. Najbardziej gnębiło mnie to jak powiem znajomym że wyjeżdżam. Momentalnie zrobiło mi się smutno na sercu. Zsiadając z roweru usłyszałam dobrze znany mi głos.
-Cześć Jane!! - Wykrzyknęła moja przyjaciółka Alice. (Jest to dziewczyna o blond włosach nie co krótszych od moich, z wesołą buzią i świetnym poczuciem humoru. Nieco grubszej postury od mojej, tak jak ja kochała tańczyć, nie przepadała za rysowaniem, ale za to kochała jeździć konno, była w tym naprawdę niezła. Ta skromna dziewczyna była marzeniem nie jednego chłopca).
-Coś taka markotna? Wyglądasz jakbyś zobaczyła ducha… - Spojrzała na mnie z lekkim niepokojem w oczach. Przed nią niczego nie dało się zataić.
-Gorzej … - bąknęłam pod nosem - za 3 dni jadę do Londynu … zamieszkamy tam na stałe. - Mówiąc te słowa spuściłam głowę i przez kilka sekund wpatrywałam się w moje stare adidasy. Nie potrafiłam spojrzeć jej w oczy. Po tej krótkiej chwili, gdy wróciła mi odwaga zerknęłam spod grzywki na twarz Alice. Zobaczyłam że jej oczy  nagle straciły blask, usta jej zadrżały i lekkim głosem niedowierzenia zapytała:
-Jak to?  Coo …ale ... jak ... gdzie ... coo? To nie możliwe! Wyjeżdżasz i tak po prostu mnie zostawiasz? - Nie mogłam wykrztusić nawet słowa . Ta sytuacja była dla mnie równie ciężka co dla Alice. W końcu wymamrotałam coś pod nosem.
-Nie, nie chce! Nie chce zostawić ciebie, szkoły, wszystkiego co jest w tym miasteczku … ale zrozum nie mam innego wyjścia! – Posmutniałam jeszcze bardziej. Stałyśmy tak niczym dwa posągi wyrzeźbione w marmurze. W końcu nie wytrzymałam wybuchnę łam
płaczem, łzy spływały mi po policzkach. Alice próbowała mnie pocieszyć niestety nawet jej się to nie udało. Sama była już bliska płaczu. Nagle zadzwonił dzwonek na biologie. Szybko otarłam łzy rękawkiem mojej białej bluzy.
-Chodź! Pogadamy po szkole - powiedziałam łapiąc Alice za rękę.
I tak mijały lekcja za lekcją. W milczeniu prze siadywałyśmy przerwy . Żadna z nas nie wiedziała jak zacząć. W końcu dzwonek wolności. Koniec lekcji. Razem z Alice udałyśmy się w kierunku parku, aby porozmawiać.
- Wiesz dobrze … nie chce wyjeżdżać ale nie mam innego wyjścia … - odparłam jako pierwsza po dłuższym milczeniu.
- Chciałabym cię tak po prostu zabrać i spakować do walizki, w tedy miałabym choć jedną osobę, która byłaby przy mnie, ale zaraz … no tak ! Jedź ze mną !
- Coooo ?? - Oczy Alice wyglądały jak pięciozłotówki - chyba zwariowałaś !
-Proszę zapytaj się swoich rodziców, tylko na okres dwóch semestrów. Na  święta i wakacje wróciłabyś do domu. Zapytaj rodziców proszę! Nie chce być sama … W końcu masz te 15 lat. – Uśmiechnęłam się zadowolone ze swojego pomysłu.
-Wiesz może to nie głupi pomysł? W sumie, pomyśl było by super! Musze tylko zapytać rodziców - Oczy Alice odzyskały dawny błysk, a poliki dawnych rumieńcy.
-Dobra! Aaaa nie mogę się już doczekać, lecę do rodziców ! Musze im to wszystko powiedzieć ! - Ucałowałam Alice na pożegnanie i po paru sekundach już straciła mnie z oczu. Oczywiście miałam pewne wątpliwości, ale byłam zbyt podekscytowana, żeby zaprzątać sobie głowę nie potrzebnymi sprawami. „Co ma być to będzie” – pomyślałam. Wbiegłam do domu cała zdyszana, rzuciłam torbę na podłogę i pobiegłam do pokoju. Siadłam przy oknie  rozmyślając jak powiedzieć o tym wszystkim rodzicom. Postanowiłam poczekać na odpowiedni moment. Zeszłam na dół jakby nigdy nic i usiadłam na fotelu. Tata oglądał właśnie mecz, więc stwierdziłam, że to jak najbardziej odpowiedni moment. Nie mogłam się od warzyć ciągle zaczynałam zdanie nie kończąc go. Nadszedł czas kolacji, usiedliśmy przy stole jak co wieczór. Zaczęłam temat.
-Wiecie co? Razem z Alice wpadłyśmy na pomysł to znaczy … na pewną myśl, ale jak się nie zgodzicie to … - Zaczęłam się jąkać, czułam jak serce podchodzi mi pod gardło.
-Powiesz nam w końcu, czy sami mamy się domyśleć o co ci chodzi?- Powiedział zniecierpliwiony już tato.
-Chodzi o to, że … no chce, aby Alice jechała ze mną. Nie chce być tam sama, w końcu to nowe otoczenie, na pewno będzie mnie wspierać. Czułabym się lepiej, gdyby ona mogłaby ze mną pojechać … więc może jechać?
-No cóż, to poważna decyzja, a co rodzice Alice na to? - Zapytała zdziwiona moją propozycją mama.
- Jeszcze nie wiem, ale gdyby się zgodzili to Alice może jechać ?- Zapytałam błagającym głosem. Niczego bardziej nie pragnęłam w tym momencie jak pozytywnej odpowiedzi rodziców. Widziałam po jej twarzy, że nie jest zadowolona tym pomysłem. Zaczęłam smutno dłubać widelcem w porcji sałatki czekając na dalsze postępy naszej rozmowy.
-No dobrze - zaczęła mama. - Jeśli dzięki temu będzie ci łatwiej, czemu nie?
-Aaaaa! dzięki, dzięki, dzięki!!! - Wykrzykując te ostatnie słowa przytuliłam rodziców i pobiegłam do pokoju, aby poszukać telefonu. Po kilkunasto-minutowym poszukiwaniu znalazł się. Wykręciłam numer do Alice. Serce biło mi jak oszalałe.
-Halo? -Usłyszałam smutny głos przyjaciółki.
-Cześć to ja i jak, możesz? - Niecierpliwie zapytałam oczekując jakiejkolwiek odpowiedzi.
-Niestety nie ... powiedzieli, że nie ma takich szans i żebym nie robiła kłopotu. - Mówiąc te słowa w głosie Alice słyszałam rozpacz. Poczułam rozczarowanie tak silne jak nigdy wcześniej nie czułam. Już otwierałam usta, aby wyrazić swoje rozczarowanie, kiedy Alice wtrąciła zupełnie innym tonem:
-Nie no … żartowałam. Mogę! Zgodzili się bez wahania. Powiedzieli, że to dla mnie dobra okazja. Jezuuu! Nie mogę w to uwierzyć!
-Ty debilu! Przez chwile naprawdę myślałam, że nie możesz jechać - Kamień spadł mi z serca. Rozmawiałyśmy jeszcze grubo ponad dwie godziny o tym,  jak będzie wyglądało nasze nowe miejsce. Z pod ekscytowania nie mogłam usnąć,  siedziałam w oknie i rozmyślałam z kubkiem gorącego kakao w ręku wpatrując się w pełnie księżyca.
*Dzień wyjazdu
-Spakowana, zwarta i gotowa - wykrzyknęłam z uśmiechem do rodziców. Założyłam moje przeciw słoneczne okulary i złapałam wielką różowo-czarną walizkę w rękę. Wychodząc z progu mojego domu poczułam w brzuchu dziwne mrowienie. Stanęłam jak wryta wpatrując się w ogród. Wiedziałam, że w tym miejscu jestem ostatni raz. Chciałam go zapamiętać jak najlepiej. Poczułam się źle wiedząc, że je opuszczam, bo w końcu to w tym miejscu przeżyłam moje dzieciństwo. To właśnie w tym miejscu miałam najwięcej wspomnień. To właśnie tu był mój dom, moje cztery ściany w których mogłam się schować przed problemami. Łzy podeszły mi do oczu. Rodzice żegnali się z sąsiadami, a ja smutnym krokiem szłam w kierunki samochodu. Podjechaliśmy pod blok Alice, która właśnie gorąco żegnała się z rodzicami. Gdy był już nas komplet, ruszyliśmy w stronę Londynu. Oglądałam widoki za szybą, słońce grzało mi poliki, z każdą minutą bałam się coraz bardziej. Towarzyszyło mi dziwne uczucie. Czas szybko nam zleciał i nie patrzeć kiedy upłynęły nam dwie godziny z życia. W końcu dojechaliśmy, wysiadając z samochodu ujrzałam przede mną piękny i okazały dom w odcieni pastelowej żółci. Ogród wokół niego był przepiękny. Ramy okien ciemno brązowe, drewniane pod kolor drzwi. Przed ogródkiem stała skrzynka z naszym nazwiskiem.
-To okno z balkonem jest twoje - oznajmiła mi wskazując palcem ów okno mama. Od razu mi się spodobało, było skierowane na zachód.  Akurat pod tym balkonem stała cudna altanka, której czubek dachu znajdował się zaledwie kilka centymetrów od mojego okna z balkonem.
Nie wiele myśląc razem z Alice wbiegłyśmy do domu. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom wszystkie meble, obrazy, wystrój po prostu wszystko było naprawdę piękne. Po kręconych schodach wbiegłyśmy na górę, żeby zobaczyć pokój. Był równie piękny co reszta domu chociaż w dziwnym  odcieniu błękitu. Rzuciłyśmy walizki i jednym susem wskoczyłyśmy na ogromne łóżka. Ciężko westchnęłam -tak to był nasz pokój. Gdy nadszedł już wieczór wszyscy wyszliśmy na olbrzymi drewniany  taras. Mama siadła w wielkim bujanym fotelu, a ja z Alice i tatą na wielkiej drewnianej huśtawce. Rozpaliliśmy ogień w kominku i razem rozmawialiśmy przez długie godziny.
-No dobra dziewczyny idźcie już spać, pora na was - przerwała ziewając mama. - Jutro do szkoły. - Lekko już zaspane zwlokłyśmy się z huśtawki i ociężale niczym zoombie szłyśmy w kierunku naszego nowego pokoju. Ucałowałam rodziców na dobranoc i położyłam się  spać.
*Dzień szkoły
Wyszykowane i gotowe poszłyśmy na przystanek autobusowy. Czekałyśmy około 5 min, aż w końcu podjechał nasz pojazd. Nagle  otworzyły się wielkie żółte drzwi. Weszłyśmy ze spuszczonymi głowami i usiadłyśmy wygodnie  na siedzeniach. Z natury obie byłyśmy nieco wstydliwe. W tle słyszałyśmy rozmowy  na nasz temat co dało nam jeszcze więcej nie pewności niż przedtem. Było  to coś w  stylu „Co to za nowe?”. Nie przejęłyśmy się tym zbytnio. W końcu dojechaliśmy pod szkołę. Była strasznie duża,  miała wiele okien i klas. Plac wokół niej był bardzo ładny i zadbany. Weszłyśmy do środka, oszołomione wielkością wnętrza stanęłyśmy jak wryte. Nie wiedziałyśmy co z sobą począć, w którą stronę iść i do jakiej klasy. Zdezorientowane stałyśmy niczym dwie idiotki na środku korytrza. Nagle podeszła pod nas jakaś bardzo miła dziewczyna, która jak się potem okazało miała na imię Elizabeth Bird.
-Jesteście tu nowe prawda? - zapytała bardzo uroczym tonem. Była to sympatyczna 15-latka z ciemno brązowymi lekko kręconymi włosami. Jej oczy były nieco jaśniejszego koloru niż włosy. Lubiła przedmioty ścisłe, a najbardziej matematykę. Była inteligenta i bardzo ładna.
- Aż tak widać? - Żartobliwym tonem i z uśmiechem na buzi od powiedziała Alice.
-No troszkę, to do której klasy chodzicie? – Zapytała mierząc nas wzrokiem.
-Jesteśmy zapisane do IIa  - Niepewnym chodź wyrazistym głosem od powiedziałam Elizabeth.
-To tak jak ja! Chcecie to oprowadzę was po szkole. - Bardzo ucieszyłyśmy się z propozycji nowej towarzyszki. Pierwszą lekcją była matematyka. Weszliśmy do całkiem sporej klasy. Z okien było widać boisko do piłki nożnej. Ławki były pojedyncze więc usiadłam pomiędzy Alice, a Elizabeth w środkowym rzędzie. Lekcje dość szybko przemijały. W końcu dzwonek oznajmił przerwę obiadową. Postanowiłyśmy coś zjeść, więc zeszłyśmy na stołówkę. Stoliki były okrągłe choć nie zbyt duże.  Idąc po obiad zauważyłam, że sporo osób nam się przygląda. Nieco zbita z pantałyku wybrałam tylko coś do picia. Usiadłyśmy przy prawie największym ze stolików. Siedziała tu już paczka Elizabeth. Grzecznie przedstawiłam się wszystkim. Zapamiętałam tylko imię dość niezbyt miłej dziewczyny siedzącej obok chłopaka z blond czupryną. Nazywała się Bella, ale nazwisko jakoś szybko wyleciało mi z głowy. Alice zajęła miejsce pomiędzy mną, a Elizabeth. Co jakiś czas rozglądałam się przypatrując z zainteresowaniem prawie wszystkim. Zdziwiło mnie ilu ludzi może chodzić do jednej szkoły. Tam, gdzie wcześniej chodziłam znałam wszystkim od małego, więc tutaj czułam się dość nieswojo. Moją uwagę przyciągnął pewien chłopiec siedzący dwa stoliki od nas. Zerkałam na niego częściej niż na innych. Siedział luźno oparty o krzesło, co jakiś czas energicznie zarzucając swoimi kręconymi włosami. Najwyraźniej pochłonięty był , rozmową z siedzącym obok niego kolegą. Jego towarzysz, choć nie tak bardzo jak ON, również przyciągał wzrok. Nie tylko mój, ale i większości dziewczyn znajdujących się w tym pomieszczeniu.
 -Co? Spodobał ci się ?- Zapytała szeptem podejrzliwie Alice szturchając mnie łokciem w brzuch. Zaskoczyła mnie tym pytaniem, ale jak wcześniej wspomniałam nic przed nią nie dało się ukryć.
-O czym ty mówisz ? - Z ironicznym uśmiechem od powiedziałam przyjaciółce. Byłam również ciut na nią zła, bo przerwała mi jakże ważne dla mnie obserwacje.
-No gapisz się na tego chłopaka od paru minut - szybkim ruchem głowy wskazała miejsce, gdzie siedział właśnie ten chłopak.
-To Harry Styles - od powiedziała Elizabeth przysłuchując się naszej rozmowie. - Wiele dziewczyn do niego startuje, ale na żadną nie zwraca uwagi. Pracuje w tutejszej piekarni, dorabia tak sobie po szkole. - Oznajmiła jak to zwykle miłym tonem.
-No widzisz, skoro na żadną nie zwraca uwagi to co dopiero na mnie … - Może tego nie okazałam, ale w głębi duszy zrobiło mi się strasznie smutno. Spojrzałam ostatni raz w JEGO stronę. Na moment zamarłam, kiedy zobaczyłam, że i on patrzy w moją stronę. Przyglądał mi się z zaciekawieniem.Czułam, że jego cudne zielone oczy przeszywają mnie na wylot.
-No dobra już chodźmy, bo zaraz dzwonek - powiedziała Alice łapią mnie za rękę. Byłam zbyt wstrząśnięta nieznajomym, aby w miarę normalnie na to zareagować. Odparłam tylko "hmm?". Alice od razu załapała w czym rzecz.
-No nieźle cię złapało -uśmiechnęła się próbując mnie podnieść. Nie sądziłam, że w jednej chwili można czuć tyle emocji. Coś eksplodowało mi w żołądku i przeszedł mnie miły dreszcz. Ciarki dołożyły swoje pięć groszy. Czułam się odurzona...

środa, 1 maja 2013

My world : 4

Wpatrywałam się w niego jeszcze przez moment , próbują odgadnąć  o co mu chodzi.  On ściągnął brwi widocznie nad czymś rozmyślając. Otworzył ust, czekałam na jego słowa z gęsią skórką na rękach. W końcu się przełamał.

-Z kim idziesz na bal? –Zapytał jakby od niechcenia.  Zamurowało mnie. Serce biło mi prawie tak szybko, jak u myszy.  Wypatrywałam w jego oczach żartu, albo zwykłego przekomarzania się, ale nic.  Kompletnie nic nie wyczytałam z jego twarzy. Czyżby zdawał się to mówić na poważnie?
-Cóż –wykrztusiłam – o balu dowiaduję się dopiero od ciebie. Także nie mam go w planach, zresztą… kiedy ma się w ogóle odbyć?
-W czerwcu konkretniej piętnastego. - Uśmiechnął się poprawiając guzik swojej koszuli.
-Nie, raczej nie idę.  Nie lubię tego typu imprez.  Wolę siedzieć w domu. –Chciałam uśmiechnąć się serdecznie, ale pod wpływem jego perfum kompletnie zgłupiałam i  zamiast niego wyszedł mi  zwykły grymas.  Lekko zawstydzona oblałam się rumieńcem. Czułam, że jego oczy miotają się po moim ciele jakby czegoś szukały.
-Ominie cię niezła zabawa… -zawahał się, po czym dodał. – Ale na wycieczkę chyba się wybierasz? Co? – Wpatrywał się we mnie z zaciekawieniem. Uśmiech nadal gościł na jego twarzy.
-Tak, wybieram się, a co? – Zapytałam udając obojętność. Zaśmiał się cicho.
-Nie, nic tak tylko pytam, wiesz z natury jestem osobą ciekawską – posłał mi swój uśmiech. Nie był to ten łobuzerski, którego lubiłam najbardziej, ale ten był równie rozbrajający co tamten.
-Wiesz osoby ciekawskie często brane są, za osoby wścibskie, które nie powinny wtykać nosa w nieswoje sprawy.-Uśmiechnęłam się przesuwając go lewą ręką, robiąc sobie przy tym przejście.
-Może –wrócił na swoje poprzednie miejsce –  ale czy to, aż taka wielka zbrodnia? Być po prostu ciekawskim?
-Nie, ale ciekawość to pierwszy stopień do piekła, także ty już pewnie stoisz na piątym szczeblu drabinki do królestwa Lucyfera. –Parsknął śmiechem.
-Skąd to stwierdzenie?- Zapytał głęboko wpatrując mi się w oczy. Chyba chciał coś w nich znaleźć, ale starałam się, żeby była to tylko zwykła obojętność.
-Nie wyglądasz mi na grzecznego chłopca – odchyliłam się w tył krzyżując ręce.
-A jaka jest u ciebie definicja „złego chłopca”?- Spojrzał na mnie przenikliwie. Tym razem to ja się zaśmiałam.
-No wiesz taki chłopiec przeważnie przeklina…  no i większość z nich ma tatuaż. – Przyglądałam mu się uważnie. Wyraz jego twarzy nie zmienił się ani na moment. Wciąż uśmiechnięty od ucha do ucha torował mi przejście.
-Czyli uważasz, że mam tatuaż? No cóż bardzo trafne stwierdzenie. – Z  jego ust wydobył się słodki śmiech. Bardzo prawdopodobne, że śmiał się z mojej miny. Domyśliłam się, że musze wyglądać komicznie z roztwartymi ustami i oczami przypominającymi  wielkością pięciozłotówki .
-Tak? Zapewne Niall też ma – zerknęłam w stronę blondyna wciąż flirtującego z brunetką.
-Owszem ma – powiedział to tak poważnie, że na początku wzięłam to na serio, ale po sekundzie roześmiał się zadowolony ze swoich umiejętności aktorskich.
-Niech zgadnę, ty masz pewnie smoka, albo lwa. No wiesz bardziej pasują do  macho.
-Nie, Niall ma węża na klacie, a ja jamnika, ale nie powiem gdzie… - Oboje parsknęliśmy śmiechem. Pogawędkę przerwał nam dzwonek.
-To cześć –uśmiechnął się na pożegnanie.
-Cześć – niby to obojętnie pomachałam mu ręką.  Szybko dołączyłam do dziewczyn. Mady i Bella świdrowały mnie swoimi spojrzeniami, a Elizabeth i Alice umierały z ciekawości.
-No powiedz w końcu – nalegały na historii.
-Po lekcji –szepnęłam.
-Może niech panna Book odpowie nam na pytanie. Słuchamy. – Powiedział grubym basem nauczyciel historii.
-Przepraszam nie usłyszałam pytania, może Pan powtórzyć? –Zapytałam rumieniąc się .  Wszystkie oczy skierowane były na mnie. Jak ja tego nienawidziłam.
-Nie, nie mogę. To że jesteś nową  uczennicą nie zwalnia cię, z obowiązków, wręcz przeciwnie – posłał mi pełne pogardy spojrzenie.  Wiedziałam już, że nie będzie nam się dobrze współpracować, a historia zniknie  z listy moich ulubionych przedmiotów. Do tego słyszałam w tle zgryźliwe komentarze Mady. Zacisnęłam zęby.
-Przepraszam – wybełkotałam pod nosem. Całą lekcję przesiedziałam cicho, czekając, aż dzwonek uwolni mnie z tej przeklętej sali. Na przerwie opowiedziałam dziewczyną ze szczegółami treść naszej rozmowy.
- Jak dla mnie to chłopak ma chyba wobec ciebie jakieś plany – zaśmiała się Alice.
-A mnie ciekawi czy naprawdę ma tego jamnika na… - parsknęłyśmy śmiechem.
-Niall z wężem na klacie… mmmm o tak ciasteczko – wyszczerzyła zęby Alice pochłaniając się we własną wyobraźnię.
-Taaak wracając do spraw przyziemnych. Termin wycieczki został już ustalony- 20 września, tylko skrócili ją do 3 dni. Ale i tak super prawda? Już się nie mogę doczekać – wymachiwała rękami  z podekscytowania uśmiechnięta Elizabeth.
- A tak a propos to który dzisiaj mamy?
- 6 września
-To już za dwa tygodnie!  Super! – Wykrzykiwała Alice. Nawet ja się cieszyłam z tej wycieczki.  Sama zdziwiłam się tym faktem, bo w końcu byłam typem poduszkowca. 3 dni z dala od rodziców z dwiema najbardziej stukniętymi dziewczynami pod słońcem. Tak! Zapowiadał się niezły wyjazd. Dni do wycieczki odliczałam z lekkim zniecierpliwieniem. Codziennie rano rysując ”x” na kalendarzu cieszyłam się coraz bardziej. W szkole też całkiem nieźle mi szło. Parę piątek z angielskiego i pała z historii pojawiły się w dzienniku obok mojego numerku. Jak już mówiłam, nie za dobrze współpracowało mi się z tym grubym facetem od historii.  Dzień w dzień wypatrywałam Go na stołówce. Nie wiedziałam po co w ogóle to robię. Może chciałam go po prostu zobaczyć? Jak zwykle siedział oparty nonszalancko o krzesło w towarzystwie co najmniej dwóch dziewczyn. Często na niego zerkałam. Czasami już machinalnie- z przyzwyczajenia. Były momenty, że nasze oczy spotykały się, ale zaraz się obracałam, albo jakaś inna adorująca go dziewczyna zasłaniała nas.
-Nie warto – powiedziała na jednej z przerw obiadowych Bella. Zdziwiona obróciłam się do niej.
-Co?- Szepnęłam zaskoczona zachowaniem towarzyszki.
-Mówię o Harrym. Nic ci nie da bezsensowe gapienie się na niego –uśmiechnęła się ironicznie. Przypominała mi  jedną z wrednych sióstr Kopciuszka.
-Nie, ja tylko zerknęłam. Często obserwuję innych.. . Jestem po prostu osobą ciekawską z natury –uśmiechnęłam się sama  do siebie.
-Ach tak… - uniosła brwi marszcząc przy tym czoło. Temat się skończył.  Odetchnęłam z ulgą. Postanowiłam się trochę lepiej pilnować. Nie zerkałam w jego stronę już tak często. Miałam wrażenie, że Mady i Bella obserwują mnie od pewnego czasu. Po szkole czasami  odwiedzałyśmy piekarnie. Pewnego dnia oczekując na Alice naszła mnie myśl, że przychodzi tu tak dużo nastolatek, nie ze względu na dobre pieczywo, choć muszę przyznać , że naprawdę było genialne. Ale ze względu na pewnego chłopca. W sumie jakby nie patrzeć, byłam jedną z nich. W końcu minęły te dwa tygodnie. Konkretniej 13 dni. Przed dzień wycieczki Elizabeth przyszła do nas i razem pakowałyśmy torby.
-Może ta sukienka – pokazała Alice blado różową kieckę sięgającą przed kolanko. Miała cieniutkie ramiączka.
- Nie wiem czy taka sukienka będzie potrzebna ci do lasu – zaśmiała się Elizabeth.
-Nie do lasu, tylko na dyskotekę – oburzyła się Alice chowając sukienkę do walizki.
-Co kolejna dyskoteka?  Jak to? – Z żalem w głosie położyłam się na moje łóżko.
-No tak to- uśmiechnęła się Alice. – Zobaczysz będzie fajnie !
-Jasne – mruknęłam pod nosem.  Czy tak ciężko było zrozumieć, że nie lubiłam – wręcz nienawidziłam- tego typu imprez?
-Jaka bierzesz sukienkę? – zapytała wesoło Alice. Czasami przypominała mi chochlika. Wszędzie jej było pełno i zawsze z uśmiechem na twarzy. Zatkało mnie.
-Nie mam żadnej sukienki .
-Nie martw się pożyczę ci swoją – rzuciła obok mnie jakąś  turkusową. Bardzo podobną do jej, z tym wyjątkiem, że moja była w koronkę.
-Super – mruknęłam układając ją w kostkę. -No to już wszystko… nareszcie ! Nienawidzę się pakować… grrr
-Przestań to sama radość. – Wciąż w siódmym niebie układała swoje jeans’ owe spodnie.
Tak, jak się wiecznie coś pali, to ze wszystkiego jest radocha. – Mruknęłam sama do siebie.

Dzień wycieczki.

Poranek zapowiadał się obiecująco. Odsłoniłam landrynkowo – różowe  firanki i powoli otworzyłam okno. Świeże powietrze wypełniło moje płuca. Zadowolona obudziłam Alice. Razem z moimi rodzicami zjadłyśmy śniadanie i po trzydziestu minutach, spakowane stałyśmy już pod szkołą, czekając na autokar. Nie mogłam  od Niego oderwać oczu. Miał coś w sobie co sprawiało, że ciągle o nim myślałam. Stał zaledwie kilka kroków ode mnie, niestety nie miałam tyle odwagi, żeby podejść i zagadać. W sumie i tak bym nie podeszła, ale marzyć każdemu wolno. W końcu nadjechał wielki   biało-czarny czterdziesto osobowy pojazd. Zajęłyśmy miejsca. Elizabeth usiadła z Kate, a ja z Alice. Droga w autokarze strasznie nam się dłużyła. Dziękowałam Alice, że zabrała ze sobą słuchawki. Gdy dojechaliśmy przez okno ujrzałam nie typowe miejsce.  Przed nami ukazało się kilkanaście drewnianych domków rozstawionych  wzdłuż pięknego jeziora, które tylko czekało, aż ktoś zamąci jego wodę pokaźnym skokiem. Niebo, choć mogłoby się wydawać takie samo jak wszędzie, tutaj miało coś w sobie czego nie da się, tak po prostu opisać. W powietrzu unosił się zapach dopiero co skoszonej trawy, która aż biła po oczach swoim intensywnym kolorem. Za domkami rozpościerał się ogromny las z którego wydobywały się odgłosy dzikich zwierząt. Wszystko w tym miejscu, było jak z bajki. Bujna roślinność nie dotknięta przez nowoczesność człowieka. Nauczyciele zarządzili, aby uczniowie  dobrali  się w grupy od dwuosobowych do pięciu, a następnie każda z nich dostała kluczyk z numerkiem domu, w którym będą mieszkać. Nam trafiła się 14, była najbliżej jeziora, choć najmniejsza. Obładowane w torby rozgościłyśmy się w nowym lokum. Alice rozsunęła zakurzone firanki podziwiając przy tym widoki. Łóżka wyglądały na twarde i mało wygodne.
-Za 5 min zbiórka przy jeziorze-wykrzykiwał pod każdym z  domków wuefista. Cieszyłam się, że facet od historii zrezygnował. Nienawidziłam dziada z całego serca.
-Chodźcie, ciekawe co znowu chce - westchnęła Elizabeth lekko zmieszana. Wszyscy jak jeden mąż wyszli ze swoich domków.
-Każdy domek będzie miał swojego opiekuna,  dlatego że zostaniemy tu trzy dni będzie organizowanych wiele konkursów, dyskotek i zabaw. – Oznajmił jak to zwykle lekko krzycząc wuefista. Miałam pewne przypuszczenia, że koleś jest po prostu głuchy.
-Pewnie dostaniemy jakiegoś 50-latka, który jak mówi to pluje - zaśmiała się Elizabeth.- Zawsze tak jest.
Ku naszemu zdziwieniu najstarszy opiekun miał 21 lat. Nam trafił się 18-letni Gregory, który przyjechał razem z nami autokarem, ale dopiero teraz go zauważyłyśmy. Był synem wuefisty i miał zajmować się młodszą młodzieżą. Był całkiem ładny, blond włosy szerokie ramiona i niebieskie oczy szczególnie zwracały uwagę dziewczyn.
-Cześć wam, będę was pilnował do końca waszego pobytu tutaj, od czasu do czasu będę również wpadał, aby ogłaszać wam zbiórki, konkursy itp. - Spojrzałam na Elizabeth, wpatrywała się w niego jak w jakiś obrazek. Oczy błyszczały jej jak nigdy. Nasz nowy opiekun wybąkał jeszcze coś o karze, i że musi tu siedzieć wbrew jego własnej woli. Po krótkim zapoznaniu wróciłyśmy do swojego domku.
-Boże jaki on ładny - rzuciła się na moje łóżko Elizabeth. Wpatrując się w sufit marzycielko opowiadała nam o atutach naszego nowego opiekuna. Nagle wszedł oznajmiając nam jakiś głupi konkurs zbierania szyszek. Elizabeth wybiegła z pokoju niczym strzała wypuszczona z myśliwskiego łuku. Konkurs był dość prosty: która grupa zbierze najwięcej szyszek - wygrywa.”Idiotyzm” – pomyślałam powoli tracąc nadzieje w ludzkość. Zabrałyśmy się do roboty, niestety Alice zaraz na początku wywróciła się i skaleczyła nogę. Nic dziwnego jak się biegnie między drzewami i nie zwraca uwagi na to, co ma się pod stopami. Dzięki Bogu wszystkie zęby miała na miejscu, choć na początku uparcie twierdziła, że jakiegoś wybiła.  Elizabeth poszła, gdzieś z Gregorym. Mówiła coś, że nienajlepiej się czuje i chce wrócić do domu, ale raczej nie da rady sama. Można by powiedzieć, że klasyczne zagranie. Alice oparta o ręce próbowała się podnieść. Podałam jej rękę, aby mogła się podeprzeć, ale syknęła tylko z bólu.
- Czekaj zaraz kogoś zawołam. – W pobliżu nie było nikogo. Poszłam o parę metrów do przodu, rozglądając się wokół. Dwie postacie wyłoniły się zza drzew. – Hej ! Hej ! – Wymachiwałam rękami. Postacie najwidoczniej zauważyły moją osobę i powoli kroczyły w naszą stronę. Z każdym krokiem postacie stawały się coraz bardziej widoczne.
-Coś się stało?- Zapytał Niall. Po raz pierwszy usłyszałam jego głos. Całkiem miły dla ucha – pomyślałam.
-Moja koleżanka wywróciła się i skaleczyła nogę - pokazałam palcem Alice.
-Możesz iść ? -Zapytał przejmującym głosem Harry.
-Jakby mogła iść to nie wołałybyśmy o pomoc...  – Chłopak popatrzył na mnie ciut zmieszany, ale zaraz uśmiechnął się. – Skoro nie potrzebujecie naszej pomo..
-Potrzebujemy – wtrąciła szybko Alice. Syknęła przy tym lekko podnosząc się z miejsca.
-To ty potrzebujesz ja sobie świetnie radzę … -Obaj popatrzyli na mój koszyk. Leżała w nim tylko jedna, i to w dodatku mizerna szyszka. Zaśmiali się głośno niosąc echo po całym lesie.
-Choć pomogę ci – zaproponował Niall i delikatnie wsunął  prawą rękę pod kolana Alice, a lewą objął jej ramiona Wyglądali jak młode małżeństwo przekraczające próg nowego domu.
-Może ciebie też ponieść – zaśmiał się chłopak szczerząc zęby.
-Nie dziękuje, potrafię chodzić. – Posłałam mu lodowate spojrzenie. Skrzyżowałam ręce i zaczęłam dreptać za Niallem i Alice.
-Skąd jesteś? – Przerwał ciszę Harry. Kątem oka widziałam , że uważnie przypatrywał się mojej twarzy. Dodawało mi to więcej nie pewności, więc odpowiedziałam dopiero po chwili.
-Wcześniej mieszkałam niedaleko Chester - mała miejscowość.
- Ach tak, to czemu mieszkasz teraz tutaj?- Zapytał wyraźnie zaciekawiony.
-Mój tata dostał pracę w Londynie. Nie chcieliśmy mieszkać w wielkim mieście, więc przeprowadziliśmy się tutaj.
-To wszystko wyjaśnia. Od razu, kiedy cie zobaczyłem wydałaś mi się inna. No wiesz, rzucałaś się w oczy.
-Czyli uważasz, że jestem niezrównoważona psychicznie? Dziwię się, że w ogóle mnie zobaczyłeś przez ten mur wiecznie stojących u twego boku służących.
-Nie – uśmiechnął się - uważam tylko, że się wyróżniasz – w pozytywny sposób oczywiście. Hmmm… Nie zaprzeczam, mam całkiem spore powodzenie u dziewczyn – uśmiechnął się łobuzersko. – No to do zobaczenia. Nie zauważyłam nawet jak doszliśmy do obozu. Lekko zbita z pantałyku kierowałam się w stronę naszego domku. Byłam już troszkę zmęczona. Ledwo otworzyłam drzwi, a doszedł  mnie śmiech Elizabeth.
-To fajnie, że się fajnie bawicie – padłam ociężale na łóżko. Elizabeth z Gregorym wpatrywali się we mnie z rozwartymi do granic możliwości oczami.
-A coś się stało? – Zapytała nadal w szampańskim humorze Elizabeth.
-Jeśli nie liczyć gleby i rozciętego kolana Alice… to w sumie nic – westchnęłam.
-Matko Boska czy ta dziewczyna nie może patrzeć pod nogi ? – Nic nie odpowiedziałam. Byłam już troszkę zmęczona podróżą i tym głupim konkursem. W pewnym momencie Elizabeth znacząco kaszlnęła.
-Nie, nie przeszkadzacie mi. Siedź cie sobie tutaj do woli – westchnęłam relaksując się chwilą ciszy i spokoju.
-Ale, hmm… No jakby ci tu powiedzieć… Ty nam przeszkadzasz – lekko zakłopotana Elizabeth unikała mojego wzroku. Westchnęłam jeszcze raz rozkoszując się tą ostatnią sekundą ciszy.
-Jasne, idę sprawdzić co u Alice…- podniosłam się z łóżka i otwierając drzwi mrugnęłam do Elizabeth jednym okiem. Dziewczyna uśmiechnęła się i zaczęła kontynuować przerwaną przeze mnie rozmowę.

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

My world : 3

Nieźle wkurzona przecisnęłam się przez tłum gapiów. Równiutko z dzwonkiem weszłam do klasy. Temat dzisiejszej lekcji nie zapowiadał się ciekawie. Alkany i alkeny – tak tego mi było trzeba – pomyślałam z sarkazmem. Bardzo entuzjastycznie podeszłam do tej lekcji. Wciąż wkurzona otworzyłam zeszyt niemalże rzucając go na ławkę. Alice i Elizabeth wymieniły ze sobą znaczące spojrzenia. Przez 45 minut męczarni, zdążyłam już troszkę ochłonąć. „Nie należy oceniać książki po okładce”. Tak to jak najbardziej trafna uwaga.  W przeciągu tych kilkudziesięciu sekund podczas naszej pierwszej rozmowy, bardzo stracił w moich oczach. Wciąż wkurzona, choć nie tak jak na początku chemii, wyszłam w towarzystwie przyjaciółek.
-Coś się stało? – zapytała Alice.
-Nie –bąknęłam pod nosem.  „Po prostu debil” – mruknęłam jeszcze ciszej zaciskając dłonie w pięści.
- Chyba coś się zdarzyło pod czas naszej nie obecności, bo zaraz krew cię zaleje. – Zauważyła Elizabeth uświadamiając przy tym Alice. Obie wciąż z wielkim zaciekawieniem wlepiały we mnie oczy.
-A żebyście wiedziały! Wielki pan się znalazł … - warknęłam.
-To o co w końcu chodzi? – Zapytała coraz bardziej ciekawa Alice.
- Idę sobie korytarzem i napotkałam tego kretyna! Powiedział, żebym się nie wychylała, bo niechcący –tutaj dałam nacisk na słowo „niechcący”- zawadziłam o jakże wielmożnego panicza! A i dodał, że mogę mieć spiny z innymi. Myślałby kto?!
-Ale kto taki? – Zapytała Elizabeth łapiąc mnie za rękę, abym się trochę rozluźniła.
- Ten cały Harry ! Książę tej szkoły! –Wymachiwałam rękami jak głupia. Nie mogłam się pogodzić, że tacy ludzie stąpają po ziemi.
-Książę? Hmm … widzę, że już dałaś mi ksywkę. – Usłyszałam znany mi już ton głosu, choć wyczuwałam w nim odrobinkę ironii. Obróciłam się szybko zaskoczona przebiegiem akcji.
- Zastanawiałam się nad przydomkiem. Pasuje ci „ wpatrzony w siebie książę” czy bardziej” Książę wielkie ego?” . Nie! Już wiem „Bezczelny książę kretyn”. Które ci najbardziej odpowiada? – Starałam patrzeć na niego ze złością, ale gdy tylko zobaczyłam jego zielone oczy zapomniałam, co miałam powiedzieć. Ba! Zapomniałam jak mam na imię. On uśmiechnął się łobuzersko. Zatkało mnie, bo jeszcze nigdy wcześniej nie widziałam takiego uśmiechu. Poczułam, że nogi wypchane mam watą. Nie przestawałam na niego patrzeć, po prostu czekałam na dalszy rozwój naszej rozmowy.
- Cóż nie powiem masz charakterek, jak coś to wybieram wariant numer trzy- posłał mi jeszcze jeden uśmiech.- Sądzę, że nie powinnaś tak pochopnie wyciągać wniosków. To była tylko taka koleżeńska rada. – Powiedział to podejrzanie życzliwie opierając się o ścianę. Nie powiem dawało to całkiem niezły efekt.  Jakby tego było mało ręce włożył do kieszeni wzruszając przy tym ramionami. Oczy zalśniły mu niczym oczy małego szczeniaczka, błagającego o jeszcze jedną kość. Zatkało mnie. Przede mną stał teraz młody bóg, niczym model pozujący do sesji.
-Sądzę, że nie obchodzi mnie twoje zdanie. Żegnam panicza! – Odwróciłam się szybko, żeby nie stracić przytomności. Czułam na sobie jego przenikliwe spojrzenie.
-Żegnam księżniczkę -  usłyszałam za sobą rozbawiony głos Harry’ego. Odwróciłam się jeszcze na parę sekund posyłając mu lodowate spojrzenie.
-Co teraz mamy? – Zapytałam rozeźlona.
-Hmm … Angielski –opowiedziała zdezorientowana Elizabeth.
-To chodź cie szybciej, bo zaraz dzwonek. – Przyspieszyłam tępo naszych kroków.
- Więc o to chodzi … - Powiedziała jakby do siebie Elizabeth.
-No, no nie powiem całkiem sympatyczne pierwsze spotkanie – zaśmiała się Alice. Tylko mi wcale do śmiechu nie było. Angielski minął szybko. Zaraz po nim udałyśmy się na stołówkę. Złe emocje powoli uchodziły ze mnie, niczym powietrze z przekłutego balonu. Weszłam na stołówkę bacznie rozglądając się wokół. Siedział tam, gdzie zwykle. Otoczony grupką dziewczyn jadł frytki. Jego kolega Niall flirtował z jakąś brunetką. Widać, że nie był nią zainteresowany, ale za to ona, była wniebowzięta. Harry łobuzersko oparty o krzesło udawał mało zainteresowanego. Widać przyglądałam im się dość długo, bo Alice zaczęła szturchać mnie łokciem.
- Y y ? Co? Coś mówiłaś? –Powiedziałam to tak, jakbym dopiero co wstała. Sama zdziwiłam się tym faktem.
-Tak! Od 5 minut nawijam ci o wycieczce, a ty mnie masz gdzieś –oburzyła się Alice. Spojrzałam na nią pół przytomnym wzrokiem. Dziewczyna świdrowała mnie swoimi oczami. Wyczułam, że poczuła się zignorowana.
-Przepraszam myślami jestem… gdzieś indziej –moje usprawiedliwienie było mało skuteczne.  Alice popatrzyła na mnie marszcząc czoło, a zaraz po tym uniosła jedną brew.
-Tak, zapewne na Majorce z tym gburowatym typkiem – wskazała oczami Harry’ego.
-Wcale że nie, bo wybraliśmy Karaiby –uśmiechnęłam się. –Zresztą co to ma do rzeczy? Alice również zaszczyciła mnie swoim bielutkim uśmiechem.
-Nic, ale nie uważasz, że trochę przesadzasz? Gapisz się tam, jak narkoman na odwyku, który zobaczył leżącą przed nim marihuanę. – Sama zaśmiała się ze swojego porównania. Nie powiem kąciki moich ust również lekko zadrżały. Gorący rumieniec pojawił się na moich policzkach.
-Uważam, że nie masz racji. Po prostu patrzę się tam tylko i wyłącznie dlatego, że nie mogę się nadziwić : jak głupie są te dziewczyny. Dają się omamić i tylko wzdychają i trzepoczą swoimi rzęsami - żałosne. – Parsknęłam, aby dodać mojej wypowiedzi mocniejszego akcentu i pokazać Alice moje zgorszenie do tej sprawy.
-Taaak –przeciągnęła Alice wywracając oczami- bo ty byś tak nie robiła?
-Nie –odpowiedziałam krótko i stanowczo.
-Założę  się, że przy pierwszej lepszej okazji, zrobiłabyś to samo, co te według ciebie : głupie dziewczyny –zaśmiała się cicho popijająk łyk coli.
-Pewnie masz racje tylko, że ja dodałabym od siebie jeszcze głupi chichot. Wiesz ten, które mają te głupiutkie blondynki z filmów, żeby podkreślić moją atrakcyjność.– Powiedziałam to z taką powagę, że obie wybuchłyśmy śmiechem. Cała paczka przy stoliku jak jeden mąż popatrzyła na nas. Bella, do której nie pałałam zbytnio pozytywnym uczuciem parsknęła wzruszając ramionami, jakbyśmy zrobiły coś odrażającego. Szybko wbiłam wzrok w mój obiad i odczekałam, aż spojrzenia zniknęły. Popatrzyłam na Alice i znowu , choć tym razem cichutko parsknęłyśmy śmiechem. Nagle moją uwagę przyciągnęła rozmowa Mady z Bellą. Mady odgarniając swoje ogniste włosy z czoła zdawała relację  Belli.
- Wiesz zaczęliśmy tak zwyczajnie – hej –cześć, co tam w szkole i takie tam. W końcu dyskretnie jak mi doradziłaś zeszłam na temat balu.
-I co ?-Przerwała jej z niezwykłą ciekawością Bella.
-Ciii nie przerywaj mi -skarciła ją spojrzeniem poczym zaczęła kontynuować.-  Pieprzył coś bez sensu, więc postanowiłam przejąć inicjatywę. Zapytałam go z kim idzie, ale on odpowiedział mi jedynie, że jest jeszcze dużo czasu. – Obie spojrzały na stolik Niall’a i Harry’ego. W ich oczach dostrzec można było utęsknienie, a zarazem i pragnienie. No tak bogate dziewczynki, w końcu natknęły się na coś, czego bogaci rodzice nie mogli kupić. Obie westchnęły i znów pochyliły się ku sobie.
-Czyli dał ci kosza? –Zapytała Bella lekko usatysfakcjonowana.
- To jeszcze nie koniec- odpowiedziała jej jakby groziła, że ją zabije. Sama się wzdrygnęłam słysząc jej zjadliwy ton.
-Prędzej czy później i tak będzie mój-uśmiechnęła się blado.
-Mi podoba się ten jego kolega. Ten blondynek – oparła głowę o rękę i westchnęła głęboko zatracając się we własne myśli. Przyglądałam im się jeszcze przez chwilkę, poczym stwierdziłam, że nie ma sensu i zabrałam się za mój obiad. Czyli Mady miała chrapkę na Harry’ego . W sumie dziwiłam się chłopakowi, że odrzucił względy takiej dziewczyny, ale jak najbardziej się z tego cieszyłam. „ Dobrze jej tak” - uśmiechnęłam się sama do siebie. Po niecałym kwadransie jedzenia wstałam od stolika i poszłam w kierunku pań, z siatkami na głowach.  Idąc przez stołówkę czułam na sobie spojrzenia innych. Nie mają nic innego do roboty jak przyglądać się nowej. Lekko nachmurzona oddałam pustą tackę kucharce. Obróciłam się, ale zaraz zrobiłam krok do tyłu. Przede mną jakieś pół metra stał uśmiechnięty od ucha do ucha Harry . Nachylił się tak, że dzieliło nas jedynie 20 cm i wyciągnął rękę z tacką jakby chciał mnie objąć . Poczułam zapach jego perfum. Owładnęły moje zmysły. Odłożył powoli tackę nie odrywając ode mnie wzroku, i wrócił do poprzedniej pozycji.
-Cześć- powiedziałam starając się, aby głos mi nie zadrżał.
-Witam – uśmiechnął się jeszcze szerzej. Ciężko westchnęłam i zrobiłam krok do przodu lekko skręcając w prawo, aby go wyminąć. On również zrobił krok w bok zagradzając mi drogę ucieczki.